November 27, 2010
znowu przyszedłeś do mnie
wyczekiwany i niedoczekany
[tak jak nie raz nie na prawdę]
a ja -
zamiast skakać z radości
zamiast wejść na wysoką wieżę
i jak kiedyś krzyczeć inne
dzisiaj już przecież twoje imię
że wreszcie
że to już
że po tylu nieobecnościach
że jednak
– pilnowałem czasu
abyś się nie spóźnił
abyś zdążył
abyś nie został zauważony
aby cię skryć
[12 VI 2009]
November 27, 2010
białe bezszumne wodotryski krzewów
czasem drzew rozpachnienia
liliowe fioletowe przekolorowiałe
ale jednak zawsze białe
w przyskrajnych ostatniach przechodnich
obok drogi
pachnięcia niedobliskością tużdotykliwą
najzupełniej możliwym niedotarciem
do bzów jaśminów akacyj
lipowości rozognionych pokrzyw
zasychających malin jeszcze nierozkwitłych
ale już zestarzeniem przepachniałych
jeszcze innych zapachów
z małych folwarków
tych jedynych ojczyzn
na nigdy kończących się
w daleczeniach rowów
z obu swoich krańców
w dawnościach najdawnych
bezwiędnięcia
opadywania
usuwania się
wymyknięcia
niedotarcia
w zachłystujących się rozskowytaniach
do
przy
z
od
przekwitnienia na zapomnienie
pyłki żalów już niedoistniałych
przepomnienia na rozkwitania odnowne
skurcz serca akacją
niemożliwą do odhodowania
skurcz serca maciejką
zmęczoną już odtworzaniem siebie samej
skurcz oka nosa języka dawnieniem
odeszłym buntującym się niepoprawnym
[30 V 2009]
November 27, 2010
[próba obiektywizacji]
ruszyć za floksami
za trawą
sprzed zasuszenia
nawet za nagietkami
zasuszonymi we wcześniejszym zawczasie
pójść prosto do łodzi
w płasko wielowymiarowych
poszarpanych ówdzie i tu
ścianach deszczu
w poszarpanych zamilczeniach grzmotów
w niebiańskich piekielniach
gdzie nagietki się
zanasienniły
odnagietczając pozornie
naprzekornie
i dla niepoznaki
żeby być gotowe
na nieodwołalne później
November 27, 2010
jeszcze tylko
trochę
tego
tak niewiele
tak niedoodmienienia
[4 VIII 2007]
November 27, 2010
wsiedzieć się głębiej w siebie
wwiercić w smutku
- żółte ptaki
mówię do ciebie
w dali nie do przybliżenia
- jakie
- nie wiem
- dziadek by wiedział
mówisz z przybliskości
[2003]
November 27, 2010
jak dziwnie żywi odchodzą
już jej przecież nie ma
gdy wraca nagle
niepogodzona z własnym odejściem
kiedy opowiadam sobie czy innym
o pieszych wędrówkach do zdarcia stóp
po grobach pańskich
wkoło ukrzyżowania
już go nie ma przecież odeszłego
gdy nagle wraca
kiedy mnie opadają dźwięki albo ich naślady
albo tylko brak
[2003]
November 27, 2010
tłumy masy gromady
zaludniały wyobraźnię M
pochody demonstracje rewolucje
gdzie sięgał myślą były tłumy
zawiniła tu też pewno trucizna historii
którą chciano go napoić
od pewnego jednak czasu M
może nie bez przyczyny małego m
- nie jeszcze nie zmienił widzeń –
dostrzega tylko jakieś znaki zachwiań
tu gdzie dotąd wszystko było jasno ciemne
jakieś odcienie rysów szczelin pęknięć
July 2, 2009
kiedyś kiedy
kiedy był mały m
pokonywanie tej linii
odbywało się szybko
nie zabierało wieku trwań
był to jeden krok
nawet niezbyt duży
teraz jest to mozolne przepływanie
przemieszczanie się
całe stada dużych i mniejszych usiłowań
tak jak gdyby to linia
wciąż przecież ta sama
stała się nagle nie sobą
July 2, 2009
od pewnego czasu M obserwuje siebie uważniej
kiedyś przebudzenie
było powitaniem jawy
pochwalenie dnia było
niemal równoczesne
teraz bawią się rano jak dzieci
szukają kątów w swych kulach
próbują zamykać oczy aby być niewidomymi
July 2, 2009
M poznaje swoje miasto
jest zupełnie inne niż tamto poprzednie
tu zależnie od słońca
za pagórami z oddalenia daleczeją następne
po ich zboczach czas zieleni się bieli
albo jeszcze inaczej mija
M lubi też odwiedzać w tym mieście
kościoły z małymi szparami Boga
zmurszałe martwe i mokre odchodzeniem